Mam na imię Bronek. Miałem rodzinę od kiedy pamiętam. Pani i Pan zawsze nazywali mnie swoim dzieciątkiem i puchatą kuleczką. Byłem głaskany, całowany, przytulany… Miziania po brzuszku nie było końca! Zawsze zabierali mnie ze sobą wszędzie, każdy się mną zachwycał. Nawet to lubiłem, nie nudziło mi się. Pamiętam kosz pełen zabawek… piłeczki, sznureczki, pluszaki. Wszystko było moje, bawiłem się kiedy tylko chciałem, a na ogródku Pani i Pan rzucali mi piłkę, którą zaraz im odnosiłem – byli ze mnie bardzo dumni, cały czas mówili dobry pies, kochany pies, mądry pies… To były dobre czasy. Gdy Pani urósł brzuch, to zaczęła dziwnie mnie traktować. Już mnie nie przytulała, nie bawiła się ze mną. Dawniej dużo mnie całowała, a ja ją śliniłem po policzku. Teraz gniewała się na mnie za to. A ja tylko chciałem powiedzieć jej, że jest moją ulubioną Panią. Pan zrobił się nerwowy, krzyczał na mnie jak tylko próbowałem przywitać się z Panią, kiedy wracała do domu. Spacerów też było coraz mniej, w końcu pozostał mi tylko ogródek. Człowieki poszły, w domu była jakaś kłótnia między Panem i Panią, krzyczeli coś, że trzeba coś z nim zrobić, że trzeba się go pozbyć, bo jest niebezpieczny. Ale kto? – zastanawiałem się. Chodzi im o nowego szczeniaczka? Przecież on jest niegroźny – pomyślałem i zasnąłem. Obudziłem się rano, zobaczyłem Pana chowającego moje rzeczy do samochodu. Spacer! – uradowany pobiegłem do Pana wycałować go za taki prezent. Niestety Pan nie był z tego zadowolony… Znowu powiedział, że jestem zły i wpakował mnie do auta. Czułem zapach moich zabawek, mojego kocyka, mojej miski. Pogubiłem się zupełnie, zrobiło mi się duszno, zacząłem dyszeć, chciało mi się pić, ale nie było nigdzie wody do picia. Poczułem ogromny strach. Oni mnie już nie chcą, nie kochają – pomyślałem i zacząłem piszczeć, żeby Pan się zatrzymał, przytulił mnie, żeby było tak jak dawniej. On nie zrozumiał, nic do mnie nie mówił. To już? To koniec? – pomyślałem. Położyłem się skulony z zimna i płakałem. Piszczałem i piszczałem… Byłem głodny, chciało mi się pić, było mi zimno i byłem przerażony. Nigdy wcześniej tak się nie bałem. Po chwili Pan wysiadł i zabrał mnie ze sobą. Spuścił mnie ze smyczy, wziął patyk, którym pomachał mi przed nosem i krzyknął. Aport!. Pobiegłem bez chwili zastanowienia wykonując polecenie mojego Pana. Wracając z patykiem w pysku zobaczyłem odjeżdżający samochód, a jego już nie było. Zostawił mnie tu…proszę wróćcie! Nie wrócili po mnie. Jestem tu sam. Smutny, zaniedbany, głodny, pełen kołtunów, śmierdzący, przestraszony i nikomu niepotrzebny. To jedna z naszych teorii co przydarzyło się Bronkowi zanim do nas trafił…psiak od dłuższego czasu siedział nad zalewem w Stradomi (w jednym miejscu). Zaczyna nabierać wiary w ludzi, zaczipowany, wykastrowany oraz zaszczepiony poszukuję nowego kochającego domu, który będzie o niego dbał! Tel w sprawie adopcji: 531 111 336